„Moje Dzieciąteczko…”

Zawsze zastanawiałam się, co oznacza „dobrze przeżyć święta”. I, o ile wejście w klimat Wielkanocy nie było zbyt dużym problemem , to Boże Narodzenie z reguły znaczyło dla mnie dostawanie prezentów, jedzenie barszczu z uszkami i śpiewanie kolęd. Oczywiście tylko tych wesołych, bo „Jezus Malusieńki” nie wpisywał się swoim dramatyzmem w „radość świąt”.

W minione Boże Narodzenie po raz pierwszy poczułam, że zrobiłam choć jeden krok w kierunku chęci dobrego przeżycia tego czasu (mimo, że nadal właściwie nie wiem, co to oznacza). Zaczęłam chodzić na roraty. Ktoś może powiedzieć, że to nic specjalnego. Ważny więc w tym miejscu jest kontekst sytuacji – jestem osobą, która uwielbia spać. Długo. Gdy rano dzwoni mi budzik, zawsze myślę „błagam, jeszcze tylko pięć minut!” i potem zdyszana wpadam do pracy, z reguły lekko spóźniona. Wydarcie mnie z łóżka o tak nieludzkiej godzinie jak 5 rano – CODZIENNIE – niemal graniczy z cudem. A może nie graniczy? Może to właśnie jest jeden z Bożonarodzeniowych cudów, których doświadczyłam? Bo było ich więcej – zakochałam się w roratach. I tu znów zdziwienie: ja – raczej mało Maryjna osoba – zakochałam się w roratach. Niemal każdego dnia, gdy mierzyłam się z jakimiś swoimi ograniczeniami i wątpliwościami, ze zmęczeniem i niechęcią, Bóg dawał mi podczas ewangelii, czytań lub psalmów jasną odpowiedź, wyraz Jego bliskości i troski o mnie. Każdego dnia po porannej mszy pozwalał mi cieszyć się adorowaniem Go w Najświętszym Sakramencie i oglądaniem pięknego zimowego wschodu słońca. Tak bardzo mnie to urzekło, że do tej pory codziennie przed pracą śmigam na poranną Eucharystię.

Przygotowanie do Bożego Narodzenia było naprawdę niesamowite. Jednak, mimo tych wszystkich pięknych chwil, gdy święta już nadeszły, wcale nie czułam, że jakoś dobrze je przeżywam. Wcale nie czułam, że jest inaczej, niż dotychczas. Cieszyłam się prezentami, barszczem i śpiewaniem kolęd, jak nigdy cieszyłam się czasem spędzonym z rodziną, zjeżdżaniem na sankach i rzucaniem się śnieżkami. Było inaczej, lepiej, ale nadal wydawało mi się, że to jeszcze nie to. Że owszem, Bóg się rodzi, ale nie we mnie. Chyba czekałam, aż odkryję coś nowego w tym Jego narodzeniu, aż czegoś mnie nauczy. Słuchałam kolęd Preisnera i Piwnicy Pod Baranami, płakałam uświadamiając sobie, że „Bóg w tej chwili rodzi się dla mnie”, ale nadal czułam, że te święta tylko mignęły mi przed oczami. Do momentu, aż zdałam sobie sprawę z tego, że urodziło się dziecko. Tak, w stajence, wśród bydła, bo nie było dla nich miejsca – wszyscy to znamy. Ale nie o to chodziło tym razem.

Dziecko. Małe, bezbronne dziecko. Bóg uzależnił swoje życie od człowieka. Bóg płakał, bo chciał przytulić się do mamy. Bóg płakał, bo był głodny i czekał, aż Go ktoś nakarmi. Bóg płakał, bo było Mu zimno, bo miał kolkę, bo nie mógł zasnąć.

Bóg, który pokazuje każdemu dorosłemu człowiekowi, że dziecko jest ogromnym darem i ogromną wartością. Bóg, który pokazuje, że dziecko jest bezbronne, że nie może odpowiadać za siebie, że jest uzależnione od dobra dorosłych, że samo sobie nie poradzi.

Jezus nie był jakoś wyjątkowo grzecznym i układnym dzieckiem. Uciekł rodzicom do świątyni, a oni szukali Go przez trzy dni!

Myślisz, że Maryja dała Mu klapsa, bo jej nie posłuchał?

Nie? Więc dlaczego Ty bijesz swoje dziecko?

Myślisz, że Maryja krzyczała na Niego, kiedy chciał się bawić, zamiast pracować?

To dlaczego Ty krzyczysz na swoje dziecko?

Myślisz, że Maryja czekała, aż Jezus się „wypłacze”, zamiast Go przytulić?

Więc dlaczego Ty odmawiasz bliskości swojemu dziecku?

 

Maryja była zwykłą kobietą, jednak zachowywała się niezwykle.

Ty też jesteś zwykłą kobietą. I, uwierz mi, też masz w sobie siłę, żeby zachowywać się niezwykle.

 

Ja wiem, że nie mam dzieci, że łatwo mi mówić, że nerwy puszczają, że zobaczymy czy będę taka cwana jak sama zostanę matką…

Nie wiem czy będę.

Ale w te święta Bożego Narodzenia Dzieciątko Jezus nauczyło mnie jednej, ogromnie ważnej rzeczy – Bóg był dzieckiem. Bóg jest dzieckiem. Bóg jest w dziecku. Jeśli w jakikolwiek sposób krzywdzisz dziecko, jeśli odmawiasz mu zaspokajania jego potrzeb w imię „dobrego wychowania”, jeśli nie chcesz go przytulić, bo „musi być twarde” – krzywdzisz Boga, które jest dzieckiem. Boga, który jest bezbronny i oddaje Swoje życie pod twoją opiekę.

To TY jesteś dorosłym. To TY decydujesz.

Pamiętaj o tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *